Ileż to razy zdarzało się, że potrzebowałem szybko gdzieś dojechać, lub załatwić kilka spraw w krótkim czasie, zrobić zakupy, wpaść na pocztę, odwiedzić znajomego, podjechać na lunch? Każdy środek transportu ma swoje wady - samochodem trzeba przedzierać się przez korek i kluczyć, aby gdzieś zaparkować. W korkach stoją także autobusy. Tramwaje może i nie cierpią z tego powodu, ale zawsze mogą akurat nie pasować nam rozkłady, albo miejsce gdzie chcemy się znaleźć jest od przystanku zbyt daleko. W takich sytuacjach często żałowałem, że mój rower stoi sobie w domu. Teraz nie mam takiego problemu.

Wyciągam z kieszeni komórkę i dzwonię. Automat loguje mnie do systemu i podaje kod odblokowujący do roweru. Otwieram ciekłokrystaliczny panel - wstukuję ciąg cyfr, kontrolka zapala się na zielono i już wyciągam bolec blokady.

Jest mój - kolebajk.

To nie science fiction, kolebajk to nazwa roweru miejskiego powszechnie używanego w kilku niemieckich miastach. Niemcy podobnie jak my używają wielu anglizmów. Nazwa rowerów bierze się z angielskiego napisu na ramie - "Call a bike".

Rowery te to w pełni amortyzowane pojazdy na grubych aluminiowych ramach, wyposażone w bardzo użyteczne miejskie części. Do tych najbardziej rzucających się w oczy należy fantazyjnie wygięty bagażnik z logo sponsora, (o którym później). Mamy też nóżkę, pełne błotniki, oświetlenie, hamulec rolkowy z przodu (drugi w piaście). Aby ułatwić podjeżdżanie zamontowano w nich przerzutkę STX RC - tak, tę samą shimanowską przerzutkę, do której nie tak dawno temu jeszcze wielu ze sportowo jeżdżących rowerzystów usilnie wzdychało. Całość wykańczają wygodne gumowe chwyty kierownicy i równie wygodne siodełko żelowe (chyba Look In) o regulowanej wysokości. Na rowerze zajmuje się godną i wygodną, wyprostowaną pozycję. Jazda jest przyjemna, pojazdy zwrotne a w miarę potrzeby można na nich dobrze przycisnąć, choć oczywiście nie mają przyspieszenia hardtaili do XC.

Te błyszczące aluminiowe cudeńka rozrzucone są po całym mieście dzięki staraniom niemieckich kolei. To brzmi bardzo dziwnie, ale tak jest w istocie. Deutsche Bahn kupiło przedsięwzięcie po zbankrutowaniu inicjatorów projektu. Teraz też nie podaje czy zarabia na nim czy nie, ale kolebajki można znaleźć niemalże na każdym skrzyżowaniu Monachium (na skrzyżowaniach zostawia się je po skończonej jeździe). Nawet jeżeli nie są specjalnie zyskowne, to Niemcy jako cywilizowany kraj, jeżeli widzą, że coś jest społecznie użyteczne, wolą do tego dołożyć niż niweczyć.

Kierownictwo kolei stwierdziło, że wielu ludzi jeżdżących ich pociągami, lubi zwiedzać miasta, do których przyjeżdża - stąd też mogą być ich klientami także po opuszczeniu pociągów (a robi się to niechętnie, bo są bardzo wygodne i czyste). W ten sposób DB nie tylko poszerza swoją ofertę, ale wzmacnia wizerunek firmy przyjaznej rowerzystom. Każdy skład umożliwia przewożenie bicykli (owszem ograniczenia są ? na tandemy ? te nie wszędzie). Są specjalne wagony, pociągi i bilety dla cyklistów.

Jako wizytujący naszych zachodnich sąsiadów znaleźliśmy inne uzasadnienie dla angażowania się DB w kolebajki - uzupełniając dobrą komunikację publiczną środkiem transportu, który można wypożyczyć na zawołanie i bez formalności czynimy ludzi mniej chętnymi do kupowania samochodów. Tacy ludzie w dalszą podróż również nie wybiorą się samochodem, tylko komfortowym pociągiem jadącym ponad 200 km/h.

Podczas pisania tego artykułu, nie został ukradziony ani jeden kolebajk. Blokady są dobre - i zapobiegają raczej utracie przychodów przedsięwzięcia niż zaginięciu roweru. Co dziwne nie giną z nich też wyjmowane siodełka, dynama i inne ważne drobiazgi. Rowery te nie są też dewastowane (sic!). Znikają z ulic jedynie na zimę celem konserwacji.

Starsze wiadomości - w kronice.